Pokazywanie postów oznaczonych etykietą free improvistaion. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą free improvistaion. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 listopada 2012

Bernard Parmegiani - De Natura Sonorum

To taki w sumie klasyk... choć chyba dla specyficznej grupy odbiorców :P 

Parmegiani jak jeden z pierwszych twórców muzyki konkretnej i elektroakustycznej tworzy do dziś i może być szczęśliwy z faktu, że wiele jego dzieł powstałych przed 50 latu wciąż brzmi świeżo i zaskakująco.  

"De Natura Sonorum" powstało po długim okresie jego wspólnej pracy z innymi wielkimi, Xenakisem, Baylem czy Scheafferem. Już do tego czasu mógł poszczycić się wybitnymi kompozycjami jak "L'oeil écoute" ale to właśnie "DNS" kumuluje w sobie wszystkie doświadczenia kompozytora pozwalając mu na dogłębne rozwinięcie swych badań nad dźwiękiem. Tak jak na poprzednim "Chants Mechaniques" mamy do czynienia z muzyką sensu stricte, tak "DNS" to głównie dekonstrukcja i eksperymenty nad wszelakim wykorzystaniem instrumentów akustycznych i elektronicznych. Wszelkie manipulacje dźwiękiem, przetwarzanie dźwięków pojedynczych instrumentów dają ciekawe efekty - od czysto elektroakustycznych gliczowych porwanych kompozycji, przez quasi-free improwizowane dźwięki po ambientowe (dark nawet) pasaże. Dobra rzecz to jest, jak  i inne wyżej wspomniane jego prace :)


niedziela, 21 października 2012

Dawno temu w Ameryce...

W dzisiejszych czasach przenikanie się jazzu i muzyki elektronicznej nikogo już nie dziwi. Dawniej jednak, na takie eksperymenty mało kto się porywał. Pierwsze kroki w tym kierunku poczyniono na przełomie lat 60 i 70 i to dwie płyty z tametego okresu będą bohaterami wpisu.

Bob James, pianista który szerokiej publiczności znany jest głównie z niewymagającego jazzu zaczynał od muzyki znacznie trudniejszej w odbiorze. W 1965 roku jego trio we współpracy z dwoma niemalże ikonami wczesnej muzyki elektronicznej i konkretnej - Gordonem Mummą i Robertem Ashleyem - stworzyło dzieło "Explosions". Pochodna nowych idei w jazzie, pianistyki ze szkoły serialnej i w końcu elektronicznie stworzonych i przetworzonych dźwięków, szmerów etc. dała całkiem dobry efekt końcowy. Granica między jazzem a elektroniką jest tutaj w miarę zatarta co pokazuje stopień porozumienia jakie wytworzyło się między muzykami.



W kilka lat później Freddie Hubbard, uznana marka w świecie jazzu - lata 60 spędzone w grupach Dolphy'ego czy Trane'a dają co mniej obeznanym obraz jego 'wtajemniczenia' - łączy siły z tureckim twórcą Ilhanem Mimaroglu. Z ich współpracy powstaje dzieło wielkiego kalibru. Dla niezwykle ważnych recytacji (o charakterze antywojennym) tłem są tutaj płynnie przechodzące jedna w drugą sekcje jazzowa, elektroniczna i klasyczna, jedna nie przeszkadzająca drugiej. Mimaroglu nie dość że majstruje przy ówczesnych elektronicznych instrumentach ale także manipuluje przy taśmach, odpowiednio 'układając' dźwięki stworzone przez siebie i orkiestrę. Freddie ze swoim kwintetem grają świeżo - częste ucieczki od rytmu urządzane przez saksofon czy pianino dają nam największe poczucie dość awangardowego podejścia do materiału.