Pokazywanie postów oznaczonych etykietą modern classical. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą modern classical. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 listopada 2012

Mieczysław Kosz - Reminiscence

Mieczysław Kosz, jeden w wielkich talentów polskiej muzyki improwizowanej. Jeden z tych, który odszedł zbyt wcześnie... Od 12 roku życia niewidomy, zmarł tragicznie w wieku lat 29.

"Reminiscencje" ukazują nam skalę jego talentu a także zapoznają nas z wachlarzem jego zainteresowań. Znany z jazzowych interpretacji klasyki serwuje nam świetną swingującą z lekka wersję "Tańców Połowieckich" Borodina a także brawurowo wykonane "Preludium C-moll" Chopina. W wolnej dekonstrukcji "Yesterday" Beatlesów serwuje nam swobodną zabawę na głównym temacie. We własnych kompozycjach słychać silniejsze współczesne klasyczne i jazzowe wzorce. Słuchając tej płyty nie można się dziwić porównaniom do Billa Evansa i jego tria - we wspomnianym utworze Borodina krótkie wirtuozerskie partie każdego instrumentu od razu przywodzą na myśl Motiana i LaFaro a ostatnie autorskie kompozycje Kosza i basisty Suchanka to piękny przykład Evansowego rozumienia grania...


niedziela, 21 października 2012

Dawno temu w Ameryce...

W dzisiejszych czasach przenikanie się jazzu i muzyki elektronicznej nikogo już nie dziwi. Dawniej jednak, na takie eksperymenty mało kto się porywał. Pierwsze kroki w tym kierunku poczyniono na przełomie lat 60 i 70 i to dwie płyty z tametego okresu będą bohaterami wpisu.

Bob James, pianista który szerokiej publiczności znany jest głównie z niewymagającego jazzu zaczynał od muzyki znacznie trudniejszej w odbiorze. W 1965 roku jego trio we współpracy z dwoma niemalże ikonami wczesnej muzyki elektronicznej i konkretnej - Gordonem Mummą i Robertem Ashleyem - stworzyło dzieło "Explosions". Pochodna nowych idei w jazzie, pianistyki ze szkoły serialnej i w końcu elektronicznie stworzonych i przetworzonych dźwięków, szmerów etc. dała całkiem dobry efekt końcowy. Granica między jazzem a elektroniką jest tutaj w miarę zatarta co pokazuje stopień porozumienia jakie wytworzyło się między muzykami.



W kilka lat później Freddie Hubbard, uznana marka w świecie jazzu - lata 60 spędzone w grupach Dolphy'ego czy Trane'a dają co mniej obeznanym obraz jego 'wtajemniczenia' - łączy siły z tureckim twórcą Ilhanem Mimaroglu. Z ich współpracy powstaje dzieło wielkiego kalibru. Dla niezwykle ważnych recytacji (o charakterze antywojennym) tłem są tutaj płynnie przechodzące jedna w drugą sekcje jazzowa, elektroniczna i klasyczna, jedna nie przeszkadzająca drugiej. Mimaroglu nie dość że majstruje przy ówczesnych elektronicznych instrumentach ale także manipuluje przy taśmach, odpowiednio 'układając' dźwięki stworzone przez siebie i orkiestrę. Freddie ze swoim kwintetem grają świeżo - częste ucieczki od rytmu urządzane przez saksofon czy pianino dają nam największe poczucie dość awangardowego podejścia do materiału. 



czwartek, 18 października 2012

Jerry Goldsmith - "Planet of the Apes"

Jerry Goldsmith, autor muzyki do miliarda filmów (do drugiego stworzył partytury, które finalnie w filmach nie zagościły). Twórca muzyki do wielu klasycznych pozycji jak "Omen", "Papillon" czy  "The Wind and the Lion". W początkowych latach swojej kompozytorskiej działalności wykazywał duże zainteresowanie współczesnymi metodami kompozytorskimi, które dość mocno uwidoczniły się podczas jego pracy nad "Planetą Małp"

Brak tutaj stereotypowej w tego typu filmach narracji. Płynne części partytury nie stanowią tu większości, dużo mamy łamanych rytmów (wielkie brawa za świetne wykorzystanie fortepian), 'agresywnych' chaotycznych akordów - wszystko jednak zgrane jest tak dobrze, że żaden dźwięk nie przeszkadza. Wiele 'naturalnych' instrumentów zostało zastąpionych przez inne bądź też przez przedmioty imitujące ich dźwięki - Goldsmih miał pełną wizję tego czego chciał  i jeśli w orkiestralnym instrumentarium nie mógł odnaleźć danego dźwięku to generował go przy pomocy najdziwniejszych rzeczy. Bardzo dobry przykład na to, że odważniejsze spojrzenie na muzykę filmową nie jest złe. Poza tym to świetny film jest :)