To jest blues. To płyta przepełniona bluesem, historiami o rodzinie, śmierci, przemijaniu, bólu ale i nadziei... Nietuzinkowa, nienachalna muzyka, zaskakująca trip/hip hopowa produkcja (skrecze, pogłosy nałożone na gitarę, częsta rytmika w 4/4), która znika dopiero w końcowych utworach z gośćmi. W moim odczuciu to właśnie to tripowe, transowe brzmienie jest tu najważniejsze - dzięki niemu głos i gitara (dźwięki grane jakby od niechcenia) płyną i lekko opowiadają nam bolesną historię rodu Burnside'ów... Tak, dobra to rzecz.
czwartek, 25 października 2012
środa, 24 października 2012
The Ngqoko Women's Ensemble - Le chant des femmes Xhosa
Mojej dziwnej fascynacji śpiewami gardłowymi ciąg dalszy.
Tym razem jednak wędrujemy do Afryki, jej południowych krańców. Tam to powstała grupa mająca kultywować muzykę i tradycję ludu Xhosa. Na tle innych afrykańskich 'folkowych' wykonawców wyróżniają ich dwie rzeczy: 1) charakterystyczny kobiecy śpiew gardłowy - mocno transowy i mniej melodyjny niż tuvański; 2) mocna 'bluesowość' rytmu - wiele z ich pieśni ma rytmikę typową dla work songów i bluesów z południa Stanów. Całościowo ich muzyka - szczególnie tam gdzie śpiew gardłowy przoduje - może wydawać się trudniejsza do słuchania niż śpiewy z Tuvy czy Tybetu, jednakże gdy klaski, tupiące nogi i perkusjonalia przejmują kontrolę robi się naprawdę dobrze. Jeśli dodać do tego jeszcze improwizowane fragmenty grane na... bo ja wiem jakiś strunowo-blaszanych cudach to w ogóle otrzymjemy ciekawą rzecz :)
poniedziałek, 22 października 2012
Gianluca Becuzzi & Fabio Orsi - "Muddy speaking Ghosts through my Machines"
Well, well, well... Cóż powiedzieć o płytach, których dźwięki przenoszą do południowego Missisipi na ganek niewielkiej posesji, w sam środek deszczu, gdzie wiatr niesie dźwięki przeszłości, dźwięki bluesa... Absolutnie sugestywne dźwięki.
Naście lat temu, dwóch włoskich muzyków zetknęło się z archiwami nieodżałowanego Alana Lomaxa. Styczność z tą niezwykłą kopalnią dźwięków, które dało się uratować przed zapomnieniem było katalizatorem dla artystów, którzy na swój własny sposób oddali hołd bluesowej muzyce.
Elektroakustycni geniusze wybrali kilka nagrań i zbudowali wokół nich jedyną w swoim rodzaju historię. Prowadzona przez ambientowe i gliczowe tła oraz improwizowane i dronujące gitary narracja prowadzi nas przez noc, z początku burzliwą, na końcu bezchmurną chylącą się ku słonecznemu porankowi. Z odgłosów deszczu, wiatru, ognia strzelającego w ognisku raz po raz wyłaniają się eteryczne bluesowe śpiewy, wydające się być głosami z przeszłości... Niezwykła, jedyna w swoim rodzaju rzecz.
niedziela, 21 października 2012
Dawno temu w Ameryce...
W dzisiejszych czasach przenikanie się jazzu i muzyki elektronicznej nikogo już nie dziwi. Dawniej jednak, na takie eksperymenty mało kto się porywał. Pierwsze kroki w tym kierunku poczyniono na przełomie lat 60 i 70 i to dwie płyty z tametego okresu będą bohaterami wpisu.
Bob James, pianista który szerokiej publiczności znany jest głównie z niewymagającego jazzu zaczynał od muzyki znacznie trudniejszej w odbiorze. W 1965 roku jego trio we współpracy z dwoma niemalże ikonami wczesnej muzyki elektronicznej i konkretnej - Gordonem Mummą i Robertem Ashleyem - stworzyło dzieło "Explosions". Pochodna nowych idei w jazzie, pianistyki ze szkoły serialnej i w końcu elektronicznie stworzonych i przetworzonych dźwięków, szmerów etc. dała całkiem dobry efekt końcowy. Granica między jazzem a elektroniką jest tutaj w miarę zatarta co pokazuje stopień porozumienia jakie wytworzyło się między muzykami.
W kilka lat później Freddie Hubbard, uznana marka w świecie jazzu - lata 60 spędzone w grupach Dolphy'ego czy Trane'a dają co mniej obeznanym obraz jego 'wtajemniczenia' - łączy siły z tureckim twórcą Ilhanem Mimaroglu. Z ich współpracy powstaje dzieło wielkiego kalibru. Dla niezwykle ważnych recytacji (o charakterze antywojennym) tłem są tutaj płynnie przechodzące jedna w drugą sekcje jazzowa, elektroniczna i klasyczna, jedna nie przeszkadzająca drugiej. Mimaroglu nie dość że majstruje przy ówczesnych elektronicznych instrumentach ale także manipuluje przy taśmach, odpowiednio 'układając' dźwięki stworzone przez siebie i orkiestrę. Freddie ze swoim kwintetem grają świeżo - częste ucieczki od rytmu urządzane przez saksofon czy pianino dają nam największe poczucie dość awangardowego podejścia do materiału.
czwartek, 18 października 2012
Jerry Goldsmith - "Planet of the Apes"
Jerry Goldsmith, autor muzyki do miliarda filmów (do drugiego stworzył partytury, które finalnie w filmach nie zagościły). Twórca muzyki do wielu klasycznych pozycji jak "Omen", "Papillon" czy "The Wind and the Lion". W początkowych latach swojej kompozytorskiej działalności wykazywał duże zainteresowanie współczesnymi metodami kompozytorskimi, które dość mocno uwidoczniły się podczas jego pracy nad "Planetą Małp".
Brak tutaj stereotypowej w tego typu filmach narracji. Płynne części partytury nie stanowią tu większości, dużo mamy łamanych rytmów (wielkie brawa za świetne wykorzystanie fortepian), 'agresywnych' chaotycznych akordów - wszystko jednak zgrane jest tak dobrze, że żaden dźwięk nie przeszkadza. Wiele 'naturalnych' instrumentów zostało zastąpionych przez inne bądź też przez przedmioty imitujące ich dźwięki - Goldsmih miał pełną wizję tego czego chciał i jeśli w orkiestralnym instrumentarium nie mógł odnaleźć danego dźwięku to generował go przy pomocy najdziwniejszych rzeczy. Bardzo dobry przykład na to, że odważniejsze spojrzenie na muzykę filmową nie jest złe. Poza tym to świetny film jest :)
środa, 17 października 2012
Rufus Harley - Pied Piper of Jazz
Dudy w szeroko pojętej muzyce popularnej można znaleźć głównie w rocku i oczywiście we wszelkich nazwijmy to folkowych pieśniach nacji mocno kojarzonych z tym instrumentem. W jazzie niemalże nie występuje. Niemalże, bo żył na tym świecie dudziarz, który miast szkockie marsze upodobał sobie zgoła inne podejście do dud.
Rufus Harley, multiinstrumentalista - grywał również m.in. na flecie, saksofonach sopranowym i tenorowym - zafascynowany brzmieniem dud i muzyką jazzową był pierwszym (i jak dotąd i tak nielicznym) który dokonał ich fuzji. Swobodnie podchodząc do tradycji gry na dudach, stworzył coś całkowicie nowego. Improwizując i łamiąc schematy naraził się 'dudowym' purystom zyskując przy tym szacunek bardziej otwartych głów. Nagranie zgromadzone na "PIed Piper of Jazz" to zbiór wybranych utworów z czasów sesji dla Atlantic Records, gdzie najmocniej słychać jego funkowe zacięcie a inspiracje Tranem nie są jeszcze tak mocne. Ciekawostka, ale przyjemna.
czwartek, 11 października 2012
Roswell Rudd and the Mongolian Buryat Band - Blue Mongol
Tuvański śpiew gardłowy - o którym już wspomniałem w jednej z notek - nie jest już dziś dla wielu słuchaczy niczym dziwnym i nowym. Technika ta zdołała przedostać się do rocka, metalu, bluesa czy też muzyki elektronicznej. Nic więc też dziwnego że zainteresowali się nią również muzycy jazzowi. Pionierką na tym polu była Sainkho Namtchylak flirtująca z muzykami free, goszcząca na płytach Ned Rothenberga ("Amulet"), oraz tytana Evana Parkera - jako jeden z wielu gości na "Synergetics: Phonomanie III", oraz jako partner w duecie na płycie "Mars Song".
Roswell Rudd, znakomity puzonista, etnomuzykolog, ze śpiewem gardłowym pierwszy raz - osobiście - zetknął się w 2002 roku. Spotkanie, wspólne granie i improwizowanie popchnęły Rudda do badań nad podobnymi technikami wokalnymi. Dlatego też nie dziwi, że kiedy w 2004 roku ci sami muzycy którzy 2 lata wcześniej z nim jammowali ponownie odwiedzili Stany zaprosił ich do wspólnego grania, które uwieczniono na płycie "Blue Mongol". Tytuł dość dobrze oddaje to co znajdziemy na krążku. Środkowoazjatycki folklor, nie tylko mongolski ale i chiński - z dwoma wokalami, czystym męskim tuvańskim gardłowym oraz żeńskim 'zwykłym' mongolskim - miesza się z nowo orleańskim jazzem, bluesem czy dixielandem. Rudd gra oszczędnie ale mądrze, pozwalając pozostałym muzykom na spokojne prowadzenie narracji, bardzo fajnie wychodzą dialogi puzon-głosy. Ciekawe i warte sprawdzenia :)
wtorek, 9 października 2012
Art Ensemble of Chicago Plays Tribute To The Chicago Blues Tradition
Ha, i to jest piękna sprawa. AEoC to wielce zasłużony dla czarnej muzyki kolektyw. Osadzeni w jazzie eksplorują rejony bliższe i dalsze jak afrobeat i szeroko pojęty afrykański folklor, calypso czy współczesna muzyka klasyczna. W swoim niczym nieograniczonym dziele tworzenia mocno czerpią z bluesowych źródeł jazzu co doskonale pokazane zostało (tak, wszystko zostało nagrane) na koncertach w Szwajcarii w 1993.
Występy w Lugano i Genevie różnią się repertuarem (koncert z Genevy jest strasznie trudny do znalezienia :<), z pewnością jednak łączy je pasja i radość z gry. Standardy Muddy'ego Watersa czy Roosevelta Sykesa jak i własne kompozycje AEoC mają tutaj swój kręgosłup ściśle bluesowy jednak jak to bywa w twórczości grupy z Chicago (nota bene, domu bluesowych 'uchodźców' z Południa) mnogość improwizacji i zabaw dźwiękiem nie pozwala nam zapomnieć z kim mamy do czynienia. Polecam bardzo bardzo :]
poniedziałek, 8 października 2012
Incantation A.D. 2012
Rok 2012 to był dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi nie zwiastowały nowego materiału od Incantation. Ten jednak ujrzał światło dzienne. To, że dźwięki te nie są dziełem McEnteego i kolegów jest zupełnie inną kwestią :D
Tak się składa, że ostatnie lata obrodziły w kapele, których główną inspiracją jest legenda najczystszego death metalu. Tym sposobem każdego roku na półki trafia kilka jak nie kilkanaście płyt z materiałem różnej jakości, który mógłby zostać uznany za 1) odrzuty z sesji Incantation; 2) całkiem nowy materiał mistrzów. W tym roku jest podobnie jednak w większości przypadków mamy do czynienia z wyznawcami którzy wiedzą jak oddać hołd a przy okazji potrafią dodać do tworzonej przez siebie muzyki coś własnego, nie tylko kopiując...
Corpsessed - Corpsessed
Ze wszystkich przedstawionych tu kapel grają chyba najbardziej nowocześnie, choć i tak surowość nagrania wyparła dość oszlifowaną jakość znaną z poprzedniej EPki.
Ignivomous - Contragenesis
Świetny australijski twór, od kilku dobrych lat kroczący na Golgotę. Mocarne zwolnienia łączą z piekielnymi iście grindowymi przyśpieszeniami. Nowa płyta to kontynuacja drogi obranej na "Death Transmutation". Jest duszno od siarki, posępnie... i choć jest to dobre płyciwo to poziomu debitu nie osiąga.
Gorephilia - Embodiment Of Death
Fiński walec na doładowaniu, nie biorący jeńców. Intensywność, gęstość riffów i dość szybkie tempa przywodzą na myśl Drawn and Quartered z mojego ulubionego "Hail Infernal Darkness". Wolne fragmenty dają nam tylko odpocząć przed kolejnymi potężnymi ciosami.
Wrathprayer - Sun of Moloch
Weźmy Incantation, ich mrok i brud pomnóżmy razy dwa. Jeśli znacie Antediluvian czy Impetous Ritual to wiecie o co chodzi. Ściana dźwięku, transowe ocierające się black metal gitary, potępieńcze wokale. Na płycie Wrathprayer jest tego pod dostatkiem :]
Na Witchrist pora przyjdzie w osobnej notce :]
Paul Pena & Kongar-ol Ondar - Genghis Blues
Dość niezwykłe spotkanie. Paul Pena, bluesowy gitarzysta, który świetnie opanował grę slajdem, od dziecka niewidomy. Przez całe życie
zmagał się z różnymi problemami natury osobistej i kolejnymi kłopotami ze zdrowiem (ciężko chory zmarł w 2005 roku). W swoim czasie
grał u boku T-Bone Walkera i głównie pod jego okiem szlifował swoje
umiejętności. Natomiast Kongar-ol Ondar to jedna z najlepiej
rozpoznawalnych postaci z kręgu tuvańskiego śpiewu gardłowego -
niesamowitej techniki wokalnej pozwalającej na rzeczy... które mi
laikowi trudno tak naprawdę opisać -> czyż nie?
I to właśnie muzyka z centralnej Azji była tym co połączyło obu muzyków
i doprowadziło do ich spotkania w roku 1995. Paul zafascynowany
niespotykanymi dotąd dźwiękami wyruszył w podróż do Mongolii gdzie
spotkał Kongara co w dalszym czasie zaowocowało płytą będącą mieszanką
tradycyjnych dźwięków tuvy, bluesa z delty Mississippi czy też morny z Cape Verde (skąd pochodził Paul).
Duchowa podróż i więź jaka wywiązała się między muzykami udokumentowana została w filmie o tytule takim samym jak płyta. Mocno polecam!
Genghis Blues - the movie
Subskrybuj:
Posty (Atom)
